Uwaga! Radio Panteon pilnie poszukuje osób chętnych do pomocy. Zapraszamy do współpracy! close ×
+

From The Vastland

01Layout01.cdr

Pewnego zimowego wieczora tuż po tym jak pierwszy raz w życiu na własne oczy zobaczyli śnieg dwoje przyjaciół z bliskiego wschodu przy butelce – powiedzmy że: soku z żyta – powiedziało mi że co do zasady nie mogą pić alkoholu. Jednak kiedy słońce zajdzie, a w pomieszczeniu zasłoni się okna mogą sobie pozwolić znacznie więcej. Jako że rzecz działa się w akademiku o wysokim standardzie, wyposażonym w takie luksusy jak zasłony tego wieczora usłyszałem jeszcze wiele anegdot. Czy na podobnej zasadzie powstaje Perski Black Metal ? W związku z tym, że niedawno światło dzienne ujrzał album Irańskiego From The Vastland chciałbym Wam pokazać nijako ciekawostkę z tej bądź co bądź egzotycznej dla nas części świata.

Share : facebooktwittergoogle plus
pinterest

Kombinat – jest metal! #326

kombinat_logoKombinat już w środę po 20:00!

Już prawie środa, 22 października, a to oznacza kolejny odcinek Kombinatu!

Tym razem posłuchamy sobie najnowszej płyty Scar Symmetry, która podobnie jak album z zeszłego tygodnia zbiera jak dotąd same pozytywne recenzje. Czy uda się przebić „Holographic Universe”? A może będzie choć tak dobra jak „Symmetric in Design”? Posłuchamy – zobaczymy.

Poza tym w audycji zmienimy nieco chłodniejszy: folkowo-wikiński.

Zapraszam na najnowsze wydanie Kombinatu, po 20:00!

Wojciech Kucza.

ScarSymSing

Share : facebooktwittergoogle plus
pinterest

Vreid, Windir, Ulcus, Posthum – 12.10.2014, Mega Club, Katowice

20141012_211240

Takie mnie myśli nachodzą czasami, że cały ten show business trochę przypomina napinanie mięśni opalonego i naoliwionego kulturysty. Niby super, niby się błyszczy a tak naprawdę jest gówno warte. No bo co potrafi taki kulturysta poza podniesieniem czterech worków cementu na raz? A to przecież potrafi byle koparko ładowarka. Nawet Ostrówek…

Na szczęście nie zawsze tak jest. Zdarzają się artyści, którym do błyszczenia nie potrzebna idealna muskulatura, opalenizna i litry oliwy. Są zespoły, których muzyka broni się sama. Bez skomplikowanych scenografii, fajerwerków i milionów wydanych na promocję. Na takim właśnie koncercie byłem kilka dni temu.

Bardzo dobrze się zresztą stało, że trasa Vreid / Windir zawitała w nasze słowiańskie progi tuż po niezmiernie hucznej imprezie, jaką zafundował nam Nergal i jego różańcowa krucjata. Po pierwsze zyskałem niepowtarzalną okazję konfrontacji wielkiego (pisanego przez wielkie „S”) Show, muzyki hołdującej najnowszym trendom z muzyką jakoby żywcem wyciągniętą z lat dziewięćdziesiątych, źródlanie czystą, okraszoną jedynie odrobiną światła. Po drugie mogłem się nieco „wyciszyć” i w skupieniu pokontemplować piękno, na którym się wychowałem.

20141012_200635

Faktycznie na koncert do Katowic jechałem niczym Frog przez Warszawę. Może nie ze względu na Vreida ale na Windir, który jest zespołem zajmującym u mnie absolutnie piedestałowi pozycję. I to właśnie pożegnalne spotkanie z duchem Valfara (w taki właśnie sposób członkowie Windir postanowili oddać hołd zmarłemu równo 10 lat temu muzykowi i tym samym ostatecznie zakończyć historię zespołu) elektryzowało mnie najbardziej.

20141012_211240

Pierwszy na scenie pojawił się lokalny zespół gdzieś ze Śląska. I choć Panowie grali dobre pół godziny, jakoś nie udało im się rozruszać mizernej publiki. Pod sceną sterczało raptem kilka osób, które w dodatku wykazywały bardzo przeciętny poziom zainteresowania tym, co dzieje się na deskach.

 

20141012_212137

Następnym zespołem do golenia był już rodowity norweski Posthum. I to było bardzo dobre 45 minut muzyki. Klasyczny przesycony czarnymi emocjami Black Metal oparty jedynie na wokalu, gitarach i perkusji nie mógł blastami, growlem i kakofonią dźwięków nie powalić na kolana. Ja pomimo tego, że słyszałem tę kapelę po raz pierwszy, od razu postanowiłem uzupełnić sobie moją dyskografię o tę właśnie pozycję. A to koronny argument, że na scenie wypadli bardzo pozytywnie. I choć może dźwięk nie był tak idealny jak na Behemocie, to klimat i muzyka urzekły mnie momentalnie. To dobrze, że takie oldschoolowe kapele jeszcze gdzieś istnieją. To źle, że tak mało o nich słuchać.

20141012_213555

Po krótkiej przerwie na scenie pojawili się oni. Nieświęta Trójca z Sogndal. Pojawili się jako Ulcus z jednym niestety tylko kawałkiem „The Profound Power”. Jako Vreid promując teoretycznie swój ostatni album „Welcome Farewell”, ale poza jednym kawałkiem „The Reap” grali wyłącznie starszy i bardziej znany materiał. Przede wszystkim jednak pojawili się jako Windir. Jako Windir weszli na scenę przy dźwiękach „Byrjing” i jako Windir z niej zeszli po chóralnym odśpiewaniu milowego kamienia w historii Black Metalu, czyli niezapomnianego „Journey to the End”. A w międzyczasie wybrzmiała większość z najbardziej rozpoznawanych kawałków zespołu. Był więc „Arntor”, „On the Mountain of Goats”, „Dance of Mortal Lust”, „The Spiritlodr” czy genialny „Svartesmeden og Lundamyrstrollet”. A świetnego show nie udało się zepsuć ani totalnie pijanemu wokaliście ani publice, której ilość (jakieś 50 – 60 osób) uwłaczała godności tego doniosłego wydarzenia.

 

20141012_220933

No właśnie. Wychodząc z klubu zachodziłem w głowę jak to jest, że na jednych koncertach (na przykład Behemotha) pojawiają się tysiące fanów Black i Death Metalu, a na inne, nieraz nawet ważniejsze przychodzi garstka. I choć wstyd mi było przed muzykami, że musieli grać dla najmniejszej ilości ludzi, jaką widziała historia zgromadzeń publicznych to byłem szczęśliwy, że byłe wśród tych nielicznych wybrańców, którzy mogli oddać ostatni hołd Valfarowi. I przy okazji całemu gatunkowi muzycznemu w swej nieskażonej czystej formie. A kostka z napisem Windir, którą dostałem od Stroma zajmie honorowe, należne jej miejsce w mojej kolekcji.

20141012_223053

Masta / Melodia Metalu

Share : facebooktwittergoogle plus
pinterest


Behemoth, Tribulation, Merkabah, Mord’a’Stigmata – 08.10, 09.10.2014, Fabryka, Kraków

20141009_232203

Gdyby ktoś nie zauważył to przez Polskę przewala się właśnie fala o jakże przyjaznej nazwie „Polish Satanist Tour”. Jak sięgam pamięcią jest to chyba najgłośniejsza metalowa trasa koncertowa w naszym kraju. A co jest najbardziej kuriozalne, swój rozgłos trasa owa zawdzięcza grupie ludzi, którzy bardzo by sobie winszowali, żeby nie usłyszał o niej nikt. W związku z powyższym trąbią o niej we wszystkich możliwych mediach, krzyczą o niej pod niebiosa wyręczając przy tym (zupełnie za darmo) głównych zainteresowanych. Taka już widać ich natura Dobrego Samarytanina…

20141008_190118

Korzystają więc z wolności słowa i zgromadzenia obie strony jeżdżą w totalnej symbiozie po kraju. I podczas gdy jedni swoje gusła odprawiają przed klubami, magistratami i kościołami, drudzy swoje misterium odprawiają we wnętrzach tychże klubów i na koncertowych salach. A ja miałem niebywałe szczęście zamieszkać w mieście, w którym osławiony Behemoth postanowił zagrać aż dwa koncerty z rzędu. Nie było więc innego wyjścia jak przespacerować się nad Wisłą do klubu Fabryka, który to klub nasz dyżurny straszak chrześcijan obrał jako swój małopolski bastion.

20141008_210347

Tym razem do Fabryki pędziłem jakby mnie gonili wszyscy członkowie Krucjaty Różańcowej, która (ponoć) stawiła się w pełnym składzie pod krakowskim magistratem. A to dlatego, że pierwsza występowała nasza genialna rodzima Mord’a’Stigmata. A jeśli czytaliście recenzję płyty „Ansia” to już wiecie, dlaczego nie chciałem się spóźnić na moje pierwsze tete-a-tete z zespołem.

Panowie i w środę i w czwartek strzelali bez pudła. Mając na uwadze sukcesy wspomnianego powyżej albumu, muzycy odtworzyli na żywo całą chyba jego zawartość. I nie bez powodu użyłem tu takiego właśnie słowa. Świetne brzmienie, nagłośnienie i zgranie zespołu sprawiło, że zasadniczo można by pomylić ścieżkę „live” z tą oryginalną z czarnego albumu. A zagrany w totalnej mgle „Inkaust” już sam nie wiem czy bardziej brzmiał czy bardziej wyglądał nieziemsko. Zresztą ekspresja tego albumu świetnie nadaje się do przedstawiania go publiczności podczas występów na żywo i fakt ten bardzo korzystnie wpływa na postrzeganie zespołu.

Po koncercie uciąłem sobie zresztą krótką pogawędkę z jednym z członków Mord’a’Stigmaty. Rozmawialiśmy trochę o „Ansii” i jej bardzo dobrym odbiorze w świecie muzyki oraz o planach na przyszłość. I choć padła deklaracja, że po zakończonym tour z Behemothem panowie ostro biorą się za nowy album, to nie udało mi się wydobyć żadnych konkretów. Ponoć są już jakieś pomysły, ale czy zostaną ostatecznie zrealizowane… tego nie wiemy.

20141009_210136

Następną kapelą był zespół o orientalnie brzmiącej nazwie Merkabah. Zespół, którego instrumentarium stanowi gitara, bas, perkusja i saksofon. Wokalu niet. I o ile zwiedziony wewnętrznym porównaniem kapeli do ostatnich poczynań Ihsahna w środowy wieczór starałem się załapać to, co mieli do przekazania muzycy, o tyle w czwartek potulnie wycofałem się w ustronne miejsce i w spokoju robiłem zakupy na Ebayu. No cóż, jakoś jazzopochodne saksofonowe solówki nie podchodzą mi nawet, jak ubiera się je w metalowe okowy gitary i perkusji. A o ile pierwsze pięć minut stanowi swego rodzaju ciekawostkę, o tyle pozostałe pół (chyba) godziny to jeden wielki zapętlony replay.

20141008_211933

Największą niespodziankę przyszykował jednak na te dwa wieczory następca Merkabaha. Zespół wchodząc na scenę wzbudził faktycznie uczucia mieszane. Jeden gitarzysta wyglądający jak kobieta pozbawiona swych kobiecych atrybutów, za to w kowbojkach i jeansach z dziurami na kolanach. Drugi niczym kalka przypominał Toma Keifera, tyle że z nieudanym makijażem na twarzy, odziany za to w stylowe legginsy. A na perkusji zasiąść postanowił Tony Iommi, tyle że żywcem wyciągnięty z lat siedemdziesiątych. Wielu pewnie zadało sobie pytanie czy taka aparycyjna mieszanka glam i hard rocka da w ogóle radę rozruszać publikę przed numerem jeden polskiej sceny Blackmetalowej?

Odpowiedzią niech będą 2 fakty: młyn pod sceną (zwłaszcza w czwartek) był chyba większy, niż na występie Behemotha. A ja pozbierawszy z podłogi szczękę, zęby i uszy poleciałem do „sklepiku” po wszystkie płytki, jakie przywieźli ze sobą Szwedzi. I co? I wszystko zostało wyprzedane. Co do jednej wygrzebanej gdzieś z dna pudła sztuki.

Fakt jest jednak faktem. W życiu nie słyszałem tak udanego mariażu glam i hard rocka (tak, wygląd tych gości nie był przypadkiem) z Death Metalem. Muzyka ostra, wsparta growlem i równocześnie melodyjna a nawet rzekłbym skoczna. Nie dziwota więc, że nogi same rwały się do tańca i rządzący w środowy wieczór klubem Pan Żyrafa wywijał pod sceną takie harce, że mało nie zgubił ogona i raciczek. Były także utwory stricte instrumentalne, ale one także brawurowo i perfekcyjnie równoważyły z jednej strony melodykę i spójność utworu a z drugiej brutalność i pazur. Genialne to było. Genialne…

20141009_223747

Behemoth w środę wszedł jak kulturalny gentleman dokładnie o czasie. W czwartek nieco było z tym gorzej, ale kto by im to drobne faux pais pamiętał, skoro wszyscy na koniec występu Tribulation darli się w niebogłosy „napierdalać” i „jeszcze jeden”.

I tu staję trochę na rozdrożu i nie wiem, o czym pisać. Czy o genialnej muzyce zagranej czysto, nagłośnionej świetnie i odebranej przez publikę z rozdziawionymi gębami. A może o przedstawieniu teatralnym i show tak rozbudowanym, że przez ponad godzinę trzeba było pilnie śledzić to, co dzieje się na scenie, żeby nie uronić z tego misterium ani ułamka sekundy. Może właśnie dlatego hulanki pod sceną były mniejsze niż na Tribulation. Każdy z kawałków miał swoją oprawę wizualną, na każdym się coś działo. Skomplikowana i rozbudowana scenografia, którą stanowiły kute metalowe krzyże, stojaki, maski i płaskorzeźby ledwie mieściły się na scenie. A gdy dodatkowo wszystko to podłączone do butli z gazem płonęło pod sam sufit hali (w czwartek zauważyłem nad sobą kawał wypalonego wygłuszającego materiału) wszyscy stali jak zaczarowani.

Były więc ognie, płonące odwrócone krzyże, były growle przez megafon, urywki puszczanej z playbacku mszy a nawet kadzidło z mirrą. Były fajerwerki, kupa sztucznej mgły i „szarańcza” spadająca na nas na początku bisowego „O Father o Satan o Sun”. Człowiek mógł poczuć się jak na smoleńskim lotnisku cztery lata temu. Gdyby nie muzyka. Nergal układając setlistę dobrze wiedział, za co kocha go cała (z wyjątkiem członków Różańcowej Krucjaty) Polska. Były więc najlepsze utwory z „The Satanist”, było „Ov Fire and the Void” z „Evangelion” czy „At the Left Hand ov God” z „Apostasy”. Było też “Conquere All” z “Demigod” i “As Above so Below” z “Zos Kia Cultus”. A nawet “Chant of Eschaton 2000” z wydanej 15 lat temu “Sataniki”. Było wszystko. Tylko mało. Koncert trwał nie więcej niż godzinę z kwadransem a ja z pierwotnym postanowieniem, że obejrzę Behemotha jedynie w środę, od razu poleciałem po bilet na czwartek. I w czwartek też było mi mało. Nie mnie jednemu, gdyż w drugim dniu krakowskiego koncertowania spotkałem sporą grupkę ludzi, których pamiętałem ze środy. Była grupa Czechów a nawet bardzo miła parka z Węgier!

20141009_221132

I gdyby nie niedzielny koncert Vreid i Windir, pojechałbym za Nergalem dalej w Polskę. Także na krucjatę. Tyle że krucjatę przeciw Krucjacie. Skoro mamy wolność, to przecież mi wolno…

20141009_232203

Masta / Melodia Metalu

Share : facebooktwittergoogle plus
pinterest

Inwazja szwedzkiego deathmetalu!

Knock Out Productions, PW Events oraz B-90 z dumą prezentują trzy koncerty dwóch death- metalowych legend ze Szwecji: Entombed AD oraz Grave ! Imprezy te odbędą się 17,18,19  października. Odpowiednio: Kraków (Fabryka), Poznań (Eskulap), Gdańsk (B-90). Do składu dołączyło także znakomite Implode, także ze Szwecji.

Entombed plakat KRK

Szczegoly w sekcji „Patronat Medialny” oraz na stronie wydarzenia!

Share : facebooktwittergoogle plus
pinterest

1 2 3 7